Weszła do mieszkania. Przywitała ją cisza, jeśli nie liczyć szumienie w kaloryferach.
Wkroczyła do pokoju, stukając obcasami o dywan. Klapnęła na fotel i od niechcenia, z rezygnacją, pochyliła się, aby zdjąć szpilki. Ułożyła je obok fotela.
Rozejrzała się po pokoju, jakby widziała go pierwszy raz w życiu.
-- I co teraz? - wyszeptała, kładąc dłonie na kolanach obleczonych w cienki mieniące się w słońcu rajstopy.
Spojrzała na podłogę, uniosła się i skierowała swoje kroki w stronę kuchni. Kiedy wróciła do pokoju, w dłoniach ściskała kubek, z którego unosiły się obłoczki pary.
Usiadła na wersalce. Słuchała. Cisza dosłownie przytłaczała.
Myśli same uderzały o brzegi czaszki -- To nie działa. Co teraz? Jesteś beznadziejna. Spier#iłaś to. Zrób coś. On teraz się z ciecie śmieje. Jesteś żałosna. Zrób coś!
Zwiesiła głowę. Po chwili wstała, podeszła do okna, otwarła je. Poszła do kuchni, niosąc taboret. Położyła go przy oknie. Uniosła stopę, a czarna prosta spódnica podciągnęła się na jej udzie do góry. Kolejna stopa. Spojrzała na krajobraz miasta. Kolejny krok. Poczuła zimno kamiennego parapetu. Następna stopa. Jaki on zimny. Wiatr świszczący w uszach, pęd wiatru uderzający w twarz. Ból. Ale tylko przez moment, dosłownie sekundę, może dwie. I ten brak możliwości krzyknięcia. Za dużo. Ciemność i nicość w jednym. Kolejne sekundy, jakby błyski, jakby głosy. I nic.
A wszystko przez miłość.
Ona samotna, On sam. Poznała go przez internet. Ona zauroczyła się. On zauroczył się w niej. Spotkali się. Ona zakochała się. On, nie zakochał się. Tworzyli związek przez ponad trzy lata. Ona cały czas zakochana. On nie kochający. Rozpadło się. Nie wytrzymała w pewnej chwili i zerwała. Kiedy Ona chciała wrócić, On nie chciał jej już. Trwała tak cztery lata. Łudziła się, że może jednak, że kiedyś los, Bóg, czy inne coś ich złączy ze sobą. Ona miała nadzieję. On żył dalej.
Wszystko zmieniło się, kiedy Ona dowiedziała się, że On wziął ślub.
Tyle rzeczy robiła z myślą o nim. To On ją napędzał do zadbania o sobie, zamiast popadania w otyłość, smutek, żal, beznadziejność.
W jednej chwili, zabrano jej kilka lat życia.
Kiedy dochodziły do niej błyski, rwane głosy, czuła smród kału i moczu, oraz czegoś jeszcze. Zapach krwi. Ciemność. Wieczna.
Nikt jej nie powie już, nie odpowie. Czy to miało sens? Nikt ją nie poinformuje, że organizm człowieka w takim stanie oddaje kał i mocz samoczynnie, bo zwieracz i cewka moczowa puszczają jednocześnie i momentalnie. Nikt już nie zrani, choć jej ciało nie ma godności.
Ale też Ona już nie powie ani słowa. Nie będzie mogła pokochać. Nie uśmiechnie się, zachwycając się wchodem słońca.
Nikt jej nie powie, że popełniła błąd, bo za rogiem czekała na nią miłość. Wystarczyło... żyć.
Nikt.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz