poniedziałek, 29 marca 2010

białe ściany

"historia miłosna"

W słońcu blask włosów powiewa
złapane kosmyki za ucho zatarte
słowa z ust powiedziane
wpadają łagodnie, delikatnie w ucho
delikatność słowa każdego rozkosz sprawia
jak puch dla serca
jak jedwab dla duszy
dotyk dłoni ciepłej w dłoń dotykać pragnie
obejmuje ciało oddychające ciepłem miłości
przytulić anioła, najcenniejsze pragnienie z serca
marzyć o ukochanym, rozkoszy, ukochaniu
oddać swoje serce, ciało oblane podnieceniem
oddać rozkosz pragnienia i tęsknoty, choć minuta minęła
tylko jedna myśl w głowie przejawia chęć bycia
chce tylko jednego, tego ukochanego
żaden mi nie jest potrzebny, potrzebna żadna
bo kochać to być, a nie stać w miejscu
nie myśli tworzą uczucie, ale serce ciepło w nim, jak lawa
pragnąć wystarczy, poczuć tylko iskierkę malutką
życie można zmienić, pokolorować farbami miłości
na wieczność, patrząc jak dzieci dorosłe
umierając z sercem pełnym radości, że się kochało
a kochanym było się jeszcze mocniej.

poniedziałek, 15 marca 2010

nie wiem czy to roztanie

"nie wiem"

nie wiem co powiedzieć
nie wiem czy milczeć
serce w łzach
dusza zakłamana
chciałem aby było dobrze
ktoś odepchnął mnie
choć nadal w to wierze
zapomnieć jest trudno
chciałaś tylko siebie
kiedy zechcesz mnie
zapomnienie nie przychodzi
wiara nie jest już w nic
kawałki serca potrzaskane
odległość boli najbardziej
tęsknota, nie odparta
tylko śmierć
nie mam sił aby zrobić coś
czuje tak wiele
tak wiele do prawdziwej miłości
kajdany na miłości, zakazy
zniszczenie, ciągle ta przeszłość
dlaczego patrzysz na nią
jestem przy tobie, nie widzisz
zapomniałem
nie chcesz mnie.

"to tylko miłość"

w matni zapomnienia
upadam na samo dna, piekła wspomnień
chce umrzeć, po co człowiekowi serce
nie wierze w radość
nie wierze w szczęście
samotność, ciągła samotność
pusty pokój, poste słowa
wyrzekłem się siebie, zostałem sam
oddałem serce, zostałem sam
co w zamian mi dane
ciągle pretensje, ciągłe zakazy
nakaz, kochać
szedłem mimo kajdanów na rękach
wierzyłem w miłość
nie wiem czy istnieje, jeszcze
inni zawsze ważniejszy, a ja kolejny krok
w imię miłości, w imię wiary
przeciwko słowom, przeciwko innym
miłość to piękno samo w sobie
miłość to radość sama w sobie
gdzie moja miłość
gdzie radość na twarzy
ciągle kłamstwa, tylko kłamstwa
tabliczka na szyi i napis: potwór, szatan, nie godny
łzy przyjdą z czasem
upadłem, choć wierzyłem
batem popędzany, nie mam sił
upadam na twarz, nie mam jak iść
nie ma uśmiechu, nie ma niczego
nadzieja, wiara, miłość
co te słowa znaczą
zniszczenie duszy
uwierzyłem tym słowom
na zawsze.

"chce żyć"

Nie wierze w śmierć
chce żyć
tak bardzo
zabroniono mi kochać
czy to takie trudne
nie umiem zagłuszyć serca
nie umiem uciszyć duszy
to gorsze od łez
umierać z tęsknoty
umierać z miłości
co dzień
w każdej minucie, sekundzie
nie wiem, jaki jestem, jaki byłem, jaki mam być
nic nie zostało mi dane
wszystko zostało mi odebrane
nawet życie
nawet nadzieję.

"Orzeł i jego cień" - bajka (opowiadanie)

"Orzeł i jego cień"


Chmury w około, nad głową przesuwają się leniwie. Spoglądają na ziemie, sennie, bez głośnie, płynąc w stronę gdzie wiatr je niesie. W tych chmurach orzeł mieszka i kaczka wędrowna, oraz wróbel mały. Oboje nie widząc sobie, żyją w spokoju. Dzień jednak nadszedł, że orzeł nie złapał żadnej myszy, czy zająca małego. A jeść coś musiał, więc zasadził się na kaczkę wędrowną, przysiadł i czekał, ale kaczka nie wracała, choć mijały dni. Więc orzeł spragniony jedzenia, na wróbla spojrzał, ale wróbel zwinny i mały, nie wiele wart dla orła. Jedna orzeł, tak głodny nie miał wyboru, wzbił się wysoko i wróbla w chmurach wypatrzył niedaleko, i natychmiast zleciał szybko, gdzie wróbelek sobie latał. Po chwili trzymał wróbla w łapie, zmęczony i nie umiejący się ruszyć, tak go zmęczyła gonitwa za małym ptaszkiem. Wróbel, błagał o życie, o litość, chciał żyć przecież. Orzeł spojrzał na niego i puścił wróbla, spadając na ziemie, aż uderzył o grunt twardy. Wróbelek podleciał i pyta orła, o jego decyzje. Orzeł nie mając już sił nie umiał odpowiedzieć, puścił go przecież nie z litości, czy żalu ale z wycieńczenia swojego. Wróbel w tedy powiedział: jak byś tak nie myślał o sobie i tylko chciał dla siebie, powiedział bym ci w jakim miejscu, jeszcze zwierzynę widziałem, ale ty tylko o sobie myślałeś, więc nie chciałem ci przeszkadzać w pogoni za sobą i swoim cieniem. Więc teraz umierasz z własnej winy, bo tylko na tobie ci zależało, choć mogłeś mieć wszystko siebie wybrałeś. Orzeł patrzył na wróbla i nienawidzić go zaczął, choć nie mógł się ruszyć, życzył mu źle. Wróbelek wzleciał do chmury, aby jej nie pominąć. Spojrzał na ziemie i miejsce gdzie orzeł leżał, i zaćwierkał smutno, bo jednak będzie tęsknił za orłem, co nigdy nie podzielił się, choćby skrawkiem, którego wyrzucał. Zał mu było orła, przecież bycie dobrym, nic nie kosztuje a zyskać można wiele, a on tylko siebie widział i myślał o sobie i teraz płaci, za to, czego nigdy nie zaznał. Kaczka na drugi dzień wróciła i dowiedziała się o orle, co go spotkało. Zwiesiła głowę i powiedziała do wróbla, chmury ciągle wędrują, razem jesteśmy, a on tylko patrzył w jeden punt, gdzie jego odbicie na ziemi, to teraz patrzeć nie musi, bo tak jak sam był, sam został. I chmury płynęły dalej, powoli, smętnie. Przedzierające się słońce ogrzewało piórka kaczki wędrownej i małego wróbla, którzy spoglądali na ziemie, gdzie wszystko po chwili inaczej wyglądało, choć orła to nie obchodziło nigdy, zapatrzonego w swój cień na ziemi, który już nigdy go nie zobaczy.

niedziela, 14 marca 2010

"nie realne życie" - opowiadanie

Opowiadanie, które powstało w jednej chwili., pisane bez zastanowienia.

"nie realne życie"


Weronika spojrzała na zegarek, na szafce nocnej: 3 w nocy. Przed paroma godzinami, skończył się seks z jej mężem. Nie była zadowolona z doznań, jakie jej zapewniał co jakiś czas jej mąż. Nie miała siły się już więcej bronić, przed jego dotykiem, który nie miał nic wspólnego z namiętnością. Tak naprawdę to, cały seks był jednym zmuszaniem się do czegokolwiek. Czuła się zawsze nim splugawiona, powtarzając sobie że to ostatni raz, ale to nigdy nie był ostatni raz. Walczyła z nim od 2 tygodni, z jego przymuszaniem do oddania się. Nie chciała tak się kochać, ale on chciał, ulegała, musiała. Spoglądała w niemą czerń nocy, czując jak nasienie z niej wypływa. Nienawidziła się za to i za to że się poddawała. Jej mąż leżał koło niej, obrócony do niej plecami, zawsze tak sypiali, od kąt pamiętała. A tym bardziej po seksie, wyjmował i kładł się na swojej połowie i zaczynał chrapać, za nim ona była w stanie sie poruszyć, aby odnaleźć, brutalnie i bez czułości zdjęte majtki. A później spodnie o piżamy, które dawała jej poczucie że może tym razem one go zniechęcą do dobierania się do niej. Miała 43 lata i chciała, choć raz, zaznać rozkoszy. Choć raz, kochać się tak jak ona chce, powoli, z grą wstępną, oddaniem siebie, ciał. Kiedyś pamiętała, jak powiedziała o tym swojemu mężowi, po 6 latach małżeństwa, a on ją wyśmiał, do tego powiedział dobitnie i dosadnie: że gówno go obchodzi jak ona chce się kochać, ona ma mu się oddać. Pamiętała też, jak raz dobierał się do niej, aż za bardzo i ona uciekła z łóżka, to pamięta później jak uciekała i widok pięści przed oczyma, więcej nie pamięta. Obudziła się pod ścianą, z potarganym ubraniem i zaschłą krwią na twarzy i między udami. Wiedziała, że ją zgwałcił, nie był by to pierwszy raz, kiedy by po prostu ją wykorzystał, jak gumową lalkę. Jedynym jej azylem od tego wszystkiego stał się internet, ucieczką od bólu, zła, męża. Pracowała w biurze, ale tak nie mogła za wiele siedzieć w sieci, jak to potocznie nazwały jej koleżanki. Nikt w około nie wdział o jej problemach, o strachu przed mężem i domem. Ile mogła pracowała, biorąc czasami za kogoś pracę. Poznała w internecie chłopaka, 28 lat, miłego i sympatycznego, który pisał z nią o wszystkim. Nie musiała się przed nim bać, czuła że ją nie zrani, dawało jej to poczucie, że jest komuś potrzebna. Miała przecież 43 lata, a jednak podobała się mu, powiedział jej to. Czasami jak pisali jak była w domu, czuła się tak jak by była w jego ramionach, jak się do niego tuliła, wiedziała że to tylko marzenie, ale jednak on je potwierdzał. Mieli podobne poglądy, na życie, miłość, kochanie sie, bycie ze sobą i inne sprawy. Wiedziała, że im dłużej będzie z nim mieć kontakt, tym bardziej będzie się powoli w nim zakochiwać. Wiedziała o tym, czuła to, że tak się już dzieje. Spojrzała na zegarek, po 3 w nocy. Nie jeden raz, chciała odejść od męża, ale jednak coś ją powstrzymywało, tylko co. Tak bardzo chciała byś kochana, tak bardzo. Przecież o tak wiele nie prosiła by, aby ją ktoś pokochał i okazał uczucie. Jednak mąż miał ją za nic, a chodziło mu tylko o seks. Tyle lat i nic z tego nie mieć, tyle lat i stracić godność, wiarę, nadzieję i miłość. Weronika patrzyła się na prześcieradło, pod którym było jej ciało, jej kasztanowe długie włosy opadały jej na ramiona, była sama. Była sama w śród ludzi. Czy kochać to naprawdę tak wiele, czy zbyt wiele. Nie wiedziała, nigdy nie odpowie sobie na to pytanie. Wysunęła się z pod kołdry i po cichy nacisnęła na klamkę do przedpokoju. Drzwi lekko zaskrzypiały i poczłapała do łazienki, której drzwi były uchylone. Odkręciła wodę do miski, aby się obmyć w miejscu gdzie wiedziała, że znajdzie zaczerwienienie, po uderzeniach bioder męża. Wiedziała też, że siniaki znikają powoli, nigdy go to nie obchodziło. Myślała o Karolu, co teraz może robić, za pewne śpi. Uśmiechnęła się do siebie, że takie to wszystko proste, a jednak trudne. Bała się tego co ich zaczynało łączyć. Taki młody, taki inny, a jednak tak bardzo dojrzały i taki dla niej idealny. Zawsze jak myślała o Karolu ręce jej się trzęsły, bała się tego uczucia. Straciła już nadzieję, na szczęście, na miłość, a tu jednak, ktoś tęskni za nią, czeka. Nie poznała nigdy takich uczuć od mężczyzny nigdy wcześniej. Jej małżeństwo to jakieś nierealne życie. Wylała wodę do wanny i wyszła z łazienki, gasząc światło. Po cichu weszła do pokoju, zamykając drzwi. Wsunęła się pod kołdrę, zagłębiając się w swojej połówce łózka. Myśli nie dawały jej ciągle spokoju, wirowały koło jej głowy, jak niesforne motyle. Atakowały każdy skrawek jej świadomości. Ale to co jej powiedziała jej przyjaciółka, niech się uwolni od tego świra i niech zacznie żyć, bo jeszcze ma szansę na radość, ma szansę nadrobić całe to co straciła przez męża. Długo w te słowa nie wierzyła, aż nie poznała Karola. Położyła głowę na poduszce i objęła ją ręką, jak by tuliła się do Karola. Tylko jedno ją trzymało przy życiu, myśl o Karolu, bo tylko on się teraz dla niej liczył. Tak bardzo chciała być z nim teraz, na zawsze. Zamknęła oczy i zaczęła marzyć o nim, wiedziała jak wygląda, przesłał jej swoje zdjęcia. Miała dla kogo żyć, gdzie to co ją spotyka i tak nie ma znaczenia, bo jest ten, który daje jej radość. Kochała go, choć nigdy się do tego nie przyzna, chyba że przed nim, na żywo. Bo na razie, to jej świat jest piekłem...Weronika zasnęła, wiedząc że kolejne dni będą takie same jak wszystkie, być poddanym niewolnikiem, bez wsparcia, miłości, żyjąc samą codziennością i staraniem się aby było, a on będzie stał i patrzył się, jak ona się stara, aby było. Takie to życie, bez życia... w samotności, choć w około wiele ludzi.

sobota, 13 marca 2010

"Aniołek i dlaczego pada deszcz" (bajka)- opowiadanie

"Aniołek i dlaczego pada deszcz"


Za chmurami, za lasami żył sobie mały aniołem. Mieszkał w chmurze i kiedy nadlatywała inna chmura spoglądał, czy nie ma na niej innego aniołka, aby z nim porozmawiać. Pewnego razy na chmurze jak zawsze, siedział ptak i śmiejąc się z aniołka, mówi: aleś ty głupi, anioły nie mieszkają na chmurze, zejdź niżej, tam są twory podobne do ciebie, ale bez skrzydeł. Aniołek zleciał na ziemię... przyglądał się tworom bez skrzydeł, rok i wrócił na chmurę, stwierdzając że nic w nich nie ma dobrego. Kiedy kolejny raz na chmurze siedział ptak, aniołek zapytał się go: a po co mam lecieć do ludzi, kiedy oni strzelają do ciebie i twoich braci i robią to aby cię zjeść. Ptak pochmurniał i nic nie powiedział. Aniołek czasami zlatywał na ziemie, aby dać trochę dobra ale im więcej dawał, tym bardziej przekonywał się, że jednak samotność na chmurze jest czymś lepszym, niż myślenie o sobie, szydzenie i robienie złego. I aniołek smucił się czasami na to co widział na ziemi i płakał, a na ziemi deszcz padał tak długo i tak mocno, im więcej złego aniołek zobaczył. I tak siedział aniołek, mając nadzieję, że może kiedyś spotka innego aniołka...

upodobania

"aby żyć"
czy ten świat może nas wielbić
głaskać po twarzy, zamykając nasze oczy
pokazać uśmiech radości w rzeczach codziennych
wybawiać, zakazując przyjemności
pozbawiając nas życia
takiego szarego, jedwabnego
oddanie jemu swoich chwil
zakazuje nam wszystkiego
idziemy dalej, choć rani nas
pustka zabija serce
upodlenie duszy
dążymy do szczęścia
robimy krok i, dalej to samo
tylko my, koło nas tylko my
głos życia, powtarzalność
nie prawda, odpowiada serce
każdy jest inny
każdy jest sobą
miłość wybawieniem
oddaleniem, do życia szarości
zapomnieniem smutku, codzienności
wiara uskrzydla
dodaje sił, pamiętaj
życie jest piękne
my decydujemy o wszystkim.

"miłość na ziemi"
dotykasz mnie palcami namiętności
spragnione usta muskają moje usta
chcesz mnie, pragniesz
połączeni w jedno
białe prześcieradło oddania, miłości
taniec ciało ukrytych pod dotykiem pieszczot
wyznacznik miłości w cnocie
cnotliwa miłość, bez uczuć
grzechem jest już kochać kogoś
oddać mu się, pragnąć, wierzyć, zbrodnią
niebiosa załamane przykazaniem miłości
umiłować
jak okazać uczucie w sercu mieszkające
zakazy, nakazy i nic nie napisane
własne przyrzeczenia, własne zapewnienia
wierze w miłość
pragnę dotyku
chce słuchać słuchając
brakuje mi ciebie, sercem
kochliwy czas, spłyca wszystko
leczy nie tylko rany, miłość ulatuje
okazać, pokazać umiłowanie
nie zabijamy siebie, uśmiechami
kochajmy się, aby wiedzieć co kochamy
oddajmy siebie, aby czuć co oddajemy
wierzmy w to co łączy, aby nie widzieć co dzieli
podzieleni i zjednoczeni w uczuciu niebios
a tęsknota i tak boli najbardziej.

wtorek, 2 marca 2010

"życie za życie" - opowiadanie

Wstęp:
Z powodu braku internetu, postanowiłem coś napisać, ale to opowiadanie powstało nagle. Po za tym ciągle imię żony Pawła, pisałem jako Maria, nie wiem dlaczego. Tak naprawdę całe opowiadanie powstało jak napisałem, nagle, po prostu usiadłem i zacząłem pisać. Chyba od zawsze tak mam, siadam i piszę, a to co pisze zmieniam się w trakcie, ewoluuje. Środek miał być inny, trochę inny, ale ten mi się podoba, jest tym czego oczekiwałem i dokładając trochę, ukazałem pewne problemy. Ogólna główna wizja była inna, a zakończeń za to miałem chyba z 3 albo 4 :) ale wydaje mi się, że to które napisałem jest dobre. Oczywiście zakończenia jedne były dobre, inne złe, ale i tak podstawowe zakończenie zmieniłem na dobre, wszyscy żyją. To chyba pierwsze opowiadanie, nad którym nie musiałem zastanawiać się co pisać. Wiele rzeczy w nim zawartych była już w mojej głowie, jako takie mini cząstki, pomysły. Mogłem by to odpowiadanie dać na bloga z wierszami i opowiadaniami, ale myślę, że wiele w tym opowiadaniu jest mnie, gdzieś ukrytego w zdaniach, słowach, myślach. Zastanawiam się też, czy nie połączyć jednak bloga z opowiadaniami i wierszami z moimi przemyśleniami, słowami, przecież i tak nikomu nie pokazuje moich wierszy.
Opowiadanie jest dozwolone od 18 roku życia.

Oczywiście to fikcja literacka.

“live for live”
(tłumaczenie: “Życie za życie”)
Napisane przez: autor bloga, czyli Mariusz.d,
tak jak wszystko na tym blogu.


Słońce kolejny raz przebiło się przez osłonę przeciwsłoneczną, Marek przymrużył oczy, skupiając się na drodze przed sobą. Karolina siedziała koło niego, przeglądając mapę i co jakiś czas zerkając na drogę, odwracając głowę, kiedy mijali jakiś drogowskaz, z rozpisanymi miejscowościami, gdzie skręcić. Okna otwarte do połowy, nie dawały ukojenia w upale lata, które trwało w najlepsze. Smętna piosenka z ogólnokrajowego radia, przyciszonego na potrzeby ich syna, który spał na tylnym siedzeniu, przytrzymywany pasem bezpieczeństwa, smęciła nudnymi melodiami. Ich syn miał 7 lat i został wychowany na dobrego chłopca, choć jak to natura dzieci, nie zawsze jest zgodna z zasadami dorosłych. Ciszę panującą w aucie zakłóciły słowa Karoliny – skarbie, czy my dobrze jedziemy? Bo wg. mapy to jedziemy drogą, której nie ma na mapie. Odpowiedź była natychmiastowa: zaufaj mi, dobrze jedziemy. Ale Marek sam nie wiedział, czy dobrze jedzie, sam siebie chciał uspokoić swoimi słowami. Ale nie podobała mu się okolica, nie pasowała do tego co zapamiętał, kiedy jechał tu z pół roku temu. Jechał już z 10 godzin i musiał odpocząć, zagadnął: może zatrzymamy się na poboczu za chwilę, muszę odsapnąć i jednak spojrzeć na mapę. Te słowa wzbudziły w Karolinie nie pokój, po co chce patrzeć w mapę, kiedy wie jak jechać, zna te regiony, tu się przecież wychowywał, no może nie tutaj, ale kilka kilometrów stąd. Samochód łagodnie zaczął zwalniać, Marek szukał większego zagłębienia na poboczu, aby zatrzymać auto. Po 10 minutach, spostrzegł na poboczu, drzewo, przy którym był wjazd na pole, dobre miejsce, pomyślał. Auto łagodnie zahamowało i zajechało na pobocze. Marek otworzył drzwi, kontem oka zerkając czy nic nie jedzie z tyłu. Ukrop na zewnątrz okazał się większy niż a aucie. Paranoja z tym upałem, pomyślał. Karolina stała przed maską samochodu, spoglądając przed siebie, z rozłożycie rozdartą mapą w rekach. Kiedy Marek podszedł, nawet na niego nie spojrzał:
– Wiesz gdzie jesteśmy? – zapytała od niechcenia.
Spojrzał na mapę. Palcem przejechał trasę od ostatniego miejsca, jakie pamiętał, przez jakie przejeżdżali. Pamiętał też kierunkowskaz, jakim się zasugerował, aby skręcić.
– Chyba jesteśmy tutaj, kochanie.
– Chyba? – wyrwało się Karolinie. – chyba? Co to znaczy “chyba”?
– Miał być objazd, to co jest nie tak? Nie moja wina, że może drogowcy coś popsuli.
– No tak, drogowcy coś zepsuli. A może to ty kochanie coś nie tak pojechałeś.
– A może to ty kochanie, masz mapę i jesteś pilotem.
Zapadło głuche milczenie. Marek sam nie umiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dobrze jada. Karolina zaczynała się po prostu bać, lubiła wiedzieć na czym stoi, a ta sytuacja nie była klarowna. Marek bał się przyznać, że może źle pojechał, ambicja, którą miał za wysoką nie pozwoliła mu na to aby siebie obarczyć złą drogą. Karolina, nie czuła złości, frustracji, to co z niej wypływało, to był odruch obronny, aby się nie bać, czuć pewnie, kochała Marka, ale się bała, że może się jemu, ich synowi stać. Bała się o nich, ale jej instynkt bił na alarm, co powodowało inne reakcję niż by tego wymagała sytuacja. Zamiast poprzeć Marka, wesprzeć go, zmotywować go do działania, swoim zachowaniem okazywał całkiem coś odwrotnego, coś co burzyło cały spokój, jej a tym samym i jej męża. Strach, który był wynikiem zlej drogi. Nie umiała inaczej zareagować, taka była jej natura, taka byłą ona sama. Obarczała o to swoją matkę, która broniła ją przed życiem, aby później wypuścić ją do świata jak do klatki lwów na pożarcie, przez inne osoby, które wy patrząc nową, świeżą zwierzynę rozszarpać ją na strzępy i stłamsić. Tak życie w tym świecie nie było tym, czego by chciała od życia. Patrzyła się na mapę i na otaczający ją świat: drzewa, pola, jakiś zagajnik. Żadnych domów, żadnych ludzi, niczego co by wskazywało na życie w tym miejscu. Marek nadal mamrotał coś pod nosem, za pewne analizując drogą i próbując sobie przypomnieć jak jechali i kiedy skręcali. Z ich własnych myśli wyrwał ich głos syna za ich plecami:
– Słyszycie?
– Paweł, musisz nas straszyć – powiedział Marek, nie odrywając wzroku od mapy.
– Słyszycie? – powtórzył Paweł, stojący przy drzwiach pasażera, był zwykłym chłopcem, ubranym w koszulkę jakiegoś zespołu rockowego i dżinsy.
– A co mamy słyszeć – odpowiedziała Karolina – przecież tu nic nie słychać.
– Ale czy słyszycie? – powtórzył dobitnie Paweł, podnosząc ton głosu.
– A co mamy słyszeć – odezwał się Marek, okazując ponownym powtórzeniem tego samego pytania przez syna.
– Mamo co słyszysz? – ponowił swoje próby Paweł, kierując je do matki.
Karolina oddała trzymaną mapę Markowi, a sama obróciła się do syna, i spojrzała po raz pierwszy za siebie. Taki sam widok, jak z przodu, szkoda – pomyślał.
– Co słyszę? – odparła i skupiał się na słuchaniu. Próbowała wyłapać dźwięki czegoś z bliska i daleka. – wiesz co Paweł, nic nie słyszę. No ale przecież jesteśmy daleko od cywilizacji, więc co mam słyszeć.
– Przyrodę mamo, ptaki, owady, czy jakieś zwierzęta, a czy jej mamo słyszysz. Popatrz w niebo, tam lata sokół, a tam skacze na polu zając. przed chwilą nad nami przeleciał jakiś ptak. Słyszysz coś? – Paweł nie dawał za wgraną.
– Nie przesadzasz Paweł. Zając i sokół jest za daleko. Teraz wiele owadów zostało zabitych przez pestycydy, takie chemikalia, jakimi pryska się rośliny, aby lepiej rosły. A zwierząt może nie być w pobliży, ponieważ nie widać żadnych domostw nawet w oddali.
– To dlaczego mamo świerszcz koło twojej nogi, nie brzęczy, jak to było u babci zawsze w lato na łąkach, nie pamiętasz, mówiłaś mi o tym, co tak brzęczy w trawie.
Karolina odskoczyła od miejsca w którym stała, tak gwałtownie że o mało nie straciła równowagi. Spojrzała na miejsce gdzie stała i prze moment zauważyła świerszcza odskakującego w kpy trawy na poboczu. – tak, to zaczynało być dziwne. Pamiętała jak rok temu chodziła z synem po łące i tłumaczyła mu co tak koło nich brzęczy, jak by szło za nimi. W trawie spostrzegła kilka innych świerszczy i dotarło do niej, że ich nie słychać. Docierało do niej, że syn miał rację, koło nich istniała pustka. Nie poprawiło jej to humoru, raczej zapaliła się kolejna lampka ostrzegawcza, że coś jest bardzo nie tak. Coś co zaczynało ją drażnić. Rozejrzała się powoli, pola, zagajnik, króliku ledwo widoczne na horyzoncie, ptak z rozłożystymi skrzydłami na niebie, kołujący nad czymś, jak pies, który coś znalazł. Ale ktoś musi te pola uprawiać – pomyślała. Słońce grzało, coraz bardziej, choć powinno zelżeć, coś tu jest nie tak- zaczynała się denerwować. Umrzesz – przeleciała jej myśl przez ułamek sekundy. Spojrzała jak zaklęta na syna. Podeszła do niego powoli, nie zwracając uwagi na to co przed chwilą usłyszała w swojej głowie. Wyciągnęła rękę, aby go objąć oprzeć się na nim, musnęła go palcem o szyję: stała nie daleko samochodu, samochodu, który wyglądał inaczej, jak by stał tu parę lat, obmywany wiosennymi deszczami i targany jesiennymi porywami wiatru, palony słońcem lata i przykryty śniegiem zimy. W oddali usłyszała bzyczenie świerszczy, słońce chyliło się ku zachodowi. Jej syna nie było przy niej, Marka też nie było. Była ona i ktoś, lub coś jeszcze. Skrzypnięcie czegoś obok niej ogłosiło swoje istnienie. Obróciła się powoli, do dźwięku, przeczuwając co zobaczy, ale skąd wiedziała? Na drzewie, do gałęzi było powieszone ciało. Widziała kiedyś film o kowbojach i tam też podobnie wieszali ludzi, prowizoryczna pętla na szyi, i bezwładne poruszające się ciało, przy każdym podmuchy. To ciało tutaj też się poruszało, ale inaczej, ciężej, lina co jakiś czas wydawała z siebie stęknięcia jak by miała już dość tego kogoś i chciała by się zerwać, dając sobie odsapnąć. Ciało było ustawione bokiem, więc nie widziała, kto tak naprawdę jest. Słonce zachodziło, spojrzała na ten piękny widok. Poczuła jak promienie słońca głaszczą ją po twarzy, zacisnęła mimowolnie dłonie, pocierając kciukami o wierz skóry. Dopiero teraz poczuła lepką substancję na nich. Słońce powoli zachodziło, spojrzała na swoje dłonie, otwierając je: krew. Czerwienień na jej słoniach, stała się przy świetle zachodu jeszcze bardziej czerwona, bardziej nie ludzka, purpurowa. Pierwszy raz od momentu znalezienia się w tym innym, tym samym miejscu pomyślała: o co tu chodzi? Dlaczego? Znowu to skrzypnięcie liny, spojrzała odruchowo w tą stronę, ciało było obrócone do niej przodem. Patrzyła się na nie jak na okaz zwierzęcia. Łzy same poleciały jej po twarzy, chciała zakryć twarz dłońmi, ale była na nich krew. Patrzyła się na Marka, na ciało jej męża, którego głowa była zwieszona na piesi, na jego ciele była metalowa tabliczka, na której był napis: “Witamy”. Wtem głowa Marka drgnęła i uniosła się do normalnej pozycji. Marek uśmiechał się, nie miał oczu, zamiast nich, miał czarne oczodoły, a usta miał zaciśnięte jak by coś w nich było, a on nie chciał, aby to się wydostało. Tabliczka, która była zawieszona na szyi marka, pokazała napis “dlaczego to zrobiłaś?”. Mrugniecie i na tabliczce znowu był napis “witamy”, z przekreśloną ostatnią literą, “y”. To jakiś absurd, zły sen – myśli nie dawały jej spokoju. Łzy już przestały płynąc, teraz tylko dokuczało pieczenie oczu. Teraz na tabliczce widniał napis, raczej namazany niż napisany: “umrzesz”. Miała taką myśl, przez dotknięciem syna, zanim pojawiło jej się to co teraz przezywa i widzi. Dopiero teraz pomyślała o synu. Gdzie on jest? Gdzie jest mój syn, oddajcie go – wołała w myślach. Ktoś jej odpowiedział, jak by siedział w jej głowie – masz swojego synalka, już nie będzie nam potrzebny, jak twój mężuś, ścierwo, gówniane ścierwo, nic nie udało się z niego już zrobić, potrzebowaliśmy go żywego, a on się powiesił. Zrobiliśmy z niego sobie wizytówkę, naszego miejsca. Podoba ci się, ładna? – oddajcie mi mojego syna – wołała w myślach Karolina. Wtem usłyszała brzęczenie czegoś, co się powoli zbliżało. Na drodze pojawił się kontur postaci, ciągnącej w ręce coś co przypominało walizkę, ale wydawało dźwięk z połączeniu z asfaltem jak tarcie metalu. Postać zbliżała się, wpatrywała się w nią tak intensywnie, że piekące ją oczy zaczęły jeszcze bardziej doskwierać, przesyłając więcej impulsów do mózgu, aby ten więcej mrugał. Kiedy postać była 300 metrów od niej, rozpoznała ją, zawsze ją rozpozna. Powłócząc nogami zbliżał się do niej jej syn, Paweł. Miał opuszczoną głowę, a ubranie poszarpane, wytarte, umazane czymś czarnym. Ucieszyła się na jego widok, co dodało jej otuchy. Rozpoznała też to co ciągnął kolo siebie, spoglądała na niego jak zaczarowana. W pewnym momencie Paweł zatrzymał się, Karolina patrzyła na niego, choć instynkt jej podpowiadał, aby nie podchodzić. Że to już nie jest jej syn, że to inna osoba. Zdziwiło ją to, że jej syn wyglądał na starszego, niż był obecnie, teraz wyglądał na 10 lat, ale może to tylko złudzenie. Był od niej 100 metrów, jak usiadł na jezdni po turecku, obejmując kanister rękami, jak by nie chciał aby ktoś mu go zabrał. Uśmiechała się do niego, szczęśliwa, że on żyje. W tedy usłyszała grubaśny, nie ludzki głos, który wydobywał się z miejsca, w którym siedział Paweł, nie podnosząc nawet na moment głowy.
– Gdzie byłaś, jak cię potrzebowałem? Dlaczego nas opuściłaś, mamo? Dlaczego pozwoliłaś, aby tata się zabił? Dlaczego cię nie było, jak uwolnił się od nich? Zabiłaś nas, mamo. Zabiłaś nasze dusze, zabiłaś wszystko co kochałaś. Dlaczego? Dlaczego tobie zawsze zależało na tobie? Dlaczego, udawałaś że myślisz o nas, a doszukiwałaś się czegoś dla siebie? Tak bardzo nas kochałaś, mnie o tatę, a jednak, wszystko robiłaś dla siebie, dlaczego jesteś taką hipokrytką, dlaczego… – głos urwał się gwałtownie.
Usłyszała swój głos, ale jakiś taki nienaturalnie niski, dziwnie brzęczący, a może to złudzenie – Zawsze byłam dla was, zawsze kochałam was i oddawałam wam siebie, tobie i tacie – łzy znowu jej pociekły. – Przecież wiesz, że nie opuściłam by was, nigdy. Kocham was, kocham was nad życie, liczycie się tylko wy, wiesz o… – głos przerwał jej słowa bliskie załamania. – Milcz, jesteś taka sama jak inni, myślisz tylko o sobie, jesteś jak ci wszyscy. Chcą tak wiele dobrego dla innych, ale wszystko robią dla siebie. Zabijasz nas, to co mamy w środku, nasze wnętrze, ciągle tłumacząc sobie, że to robisz dla nas. Gówno prawda, wszystko robiłaś dla siebie. Zabiłaś nas, zabiłaś to co kochałaś. Tata się zmienił, ty go zmieniłaś, pamiętasz jak się kiedyś śmiał, żartował, wygłupiał, jaki był wcześniej, nie zmienił się, ty to zmieniłaś, zabiłaś jego wnętrze, jego ja, jego duszę, abyś miała to co chcesz, jakie życie chcesz. Jesteś samolubnym potworem, który niszczy innych, bo chcesz mieć jak ty chcesz. Zniszczyłaś go, a teraz masz czelność twierdzić coś innego. Kiedy ostatni raz słyszałaś, aby tata się śmiał. Ja nie pamiętam. Teraz już jest martwy, teraz już go nie ma. Uciekł, aby żyć. Tak bardzo go kochałaś, że nie pozwoliłaś mu być sobą. nie kochałaś go za to kim jest, jaki jest, ale za to co ci daje, co mamy, za to co pracuje, kochałaś to co posiadałaś, a nie miałaś. Kochałaś go, ale czy kochałaś jego serce? – głos ucichł. Karolina była w szoku, z powodu słów, które usłyszała. Przecież to nie prawda, zawsze była dla nich, a nie dla siebie. Zawsze, a teraz ten głos stwierdzi inaczej, dlaczego? – Nie było cie 3 lata, mamo – usłyszała – 3 pieprzone lata. Wiesz co oni nam robili, wiesz ile musieliśmy przeżyć. A ty poszłaś z tym, pierwszym lepszym, mówiąc “zakochałam się, przepraszam”. Jak mogłaś, jak mogłaś nam to zrobić. Jak możesz mówić, że kochałaś tatę, kiedy odeszłaś z kimś, z kim byłaś z dzieciństwa. Zniszczyłaś nam życie. Jesteś kurwa, mamo. Jesteś samolubnym, potworem, który zniszczył każdemu życie kogo spotkał. Jak mogłaś nas opuścić. Nienawidzę cię, nienawidzę cię za to, MAMO!! – głos grzmiał w jej uszach. Jakie 3 lata, przecież w dzieciństwie nikogo nie miała, jej pierwszym i obecnym był Marek. W dzieciństwie jej matka, ciągle jej zabraniała wielu rzeczy, ciągle pilnowała. O co tu chodzi? – Karolina zaczynała mieć mętlik w głowie. Spoglądała na postać syna i nie umiała uwierzyć, że to rzeczywiście on. W pewnym momencie zobaczyła, jak Paweł odbezpiecza kurek z kanistra i powoli próbuje go podnieść nad swoją głowę. Przyglądała się jak Paweł, jej syn wylewa na siebie płyn, który po chwili poczuła, benzyna. Spoglądała jak jej syn wyciąga coś z kieszeni i próbuje coś z tym zrobić. Po chwili ujrzała jak jasny blask, z tego co Paweł trzymał w ręce oblał jego postać. Usłyszała głos swojego syna, wyraźny jak by stał koło niej – żegnaj mamo, szkoda że nas nie kochałaś, tylko udawałaś. Szkoda że nie zrobiłaś ani razu nic dla nas. Szkoda że mnie urodziłaś. Nienawidzę cię za to, zawsze cię będę za to nienawidził, żegnaj – po tych słowach płomień, jak sie domyśliła Karolina, z zapalniczki objął cała siedzącą postać. Widziała jak płomienie tańczą na ciele a ubranie zwija się pod wpływem ciepła, jak zatapia się ze skórą mieszając się i tworząc coś co już nie było człowiekiem. Widziała jak postać zaciska dłonie na skrzyżowanych kolanach, w tedy usłyszała ostatnie słowa Pawła – po co wróciłaś, jeśli zależało ci tylko na sobie. Po co żyjesz, jeśli to jest tylko dla siebie. Nie życzę ci śmierci, życzę ci życia, bo tylko nim możesz odkupić swoje winy. Ale nie miło powitam cię w piekle, kiedy do niego przybędziesz, bo za to jak żyłaś, i co w nim zrobiłaś tam trafisz, mamusiu. Ostatnie słowa były już ledwo słyszalne w skwierczeniu mięsa na ciele, i dopalającej się skóry, która oddzieliła się od ciała i opadła płatami obok postaci. Ciało, a raczej to co z niego zostało, przechyliło się na bok i opadło do tyłu, zastygając w bezruchy. Płomień już zelżał i już były miejsca gdzie tylko było widać zwęglone, czarne miejsce. Karolina wiedziała, że to był koniec. Miała dość tego wszystkiego, chciała aby się skończyło. To się nie dzieje naprawdę, to nie może być prawda… otworzyła oczy. Auto jechało powoli, obok siedział skupiony na drodze Marek, a za nią spał Paweł. W jej uszach zabrzmiał głos męża – Jak się spało kochanie? Coś się śniło? – odpowiedziała natychmiast – Nie. Spojrzała na drogę, rozglądnęła się gwałtownie.
– Coś się stało – usłyszała ponownie głos męża.
– Nie, nic – ale wiedziała, że mąż ją zna i zna jej odruchy i w tą odpowiedź nie uwierzy. Wyciągnęła gwałtownie mapę ze schowka.- Gdzie jesteśmy, skarbek? – zapytała natychmiast.
– Podobno jest jakiś objazd za chwilę, więc będziemy musieli nim pojechać. A co? – usłyszała dźwięk zdziwienia w głosie męża.
– A nie ma innej drogi? Aby dojechać do twoich rodziców, ale nie jechać objazdem?
– Zawsze jest inna droga, jak jest asfalt, to zawsze się dojedzie – uśmiechnął się Marek.
– Nie chce jechać objazdem, możesz pojechać inną drogą?
– Karolina, co się dzieje? Po co mam tracić 20 kilometrów, zamiast mieć ich tylko 5.
– Ponieważ cię o to proszę. Kocham cię i cię o to proszę. Zrób to dla mnie kochanie. Proszę – wiedziała że jej głos nie był przekonujący, aby utwierdzić męża, że nic się nie dzieje.
– Jak chcesz, ale tam są piękne regiony, a tak stracimy te widoki, na rzecz brzydkiego lasu, który będziemy musieli pokonać.
– Wolę las, będzie chłodniej – choć wiedziała że to żadne wytłumaczenie.
– No dobra, jak chcesz kochanie – uśmiechnął się Marek.
Auto dojechało do skrzyżowania, przed którym był drogowskaz “Objazd” i strzałka pod okazaniem kierunku w lewo. Marek odczekał chwilę i skręcił w prawo, obierając kierunek przeciwny niż zamierzali jechać. Po 10 minutach ich oczom ukazała się ściana lasu, w która wjechali prowadzeni drogą.
Marek leżał na leżaku wystawiając swoje ciało na promienie słoneczne. Paweł leżał w gumowym basenie, napełnionym wodą odwrócony w ten sam sposób jak ojciec. Karolina przeglądała siedziała w cieniu, spoglądając na nich i ciągle analizując sen, który miała w aucie. Spokój i cieszę zmącił głos ojca Marka, który czytał lokalna gazetę.
– Posłuchajcie, to jest ciekawe: na objeździe, który został ustanowiony na potrzeby, budowy trzeciego pasa ruchy, na skrzyżowaniu drogi z Kapalina w kierunku Sadabor i drogi z Pawelowa zdarzył się wypadek drogowy, choć brało w nim udział tylko jedno auto. Z niewyjaśnionych warunkach Policja odnalazła puste auto, bez pasażerów. Auto nie było zamknięte, a po osobach jadących tym autem nie znaleziono śladu. Nikt nie wie co się stało, ani gdzie może przebywać czteroosobowa rodzina. Policja przypuszcza, że zostali oni porwani dla okupu, ale nie wykluczają innej możliwości. Ale to już nie pierwsze zniknięcie w tych okolicach, dwa tygodnie temu w podobnych okolicznościach znaleziono inne auto, w którym jechała trzy osobowa rodzina. Jak się dowiedzieliśmy, Policja ustaliła personalia po zgłoszonym zaginięciu rodziny. Czy to oznacza, że to początek serii, czy może działanie czegoś w tamtym miejscu. Nie wiadomo. Policja nie chce się wypowiadać co do podjętych kroków, aby odkryć tajemnicę, gdzie są osoby, które znikają nie zostawiając śladu. Nie oficjalnie dowiedzieliśmy się od informatora, że 4 policjantów, którzy patrolowali tamte rejony popełniło samobójstwo, zostawiając żony i dzieci. Badania psychologiczne nie wykazały uchybień w ich psychice, więc dlaczego to zrobili. Czy działali z jakiś powódek, czy może miejsce, które mieli patrolować tak na nich podziałało. Policja nie chce się wypowiadać na ten temat. Co tak naprawdę stało się z tymi rodzinami i dlaczego policjanci, zdrowi na umyślę zostawiają swoje rodziny i wszyscy byli zdrowi umysłowo. Tego się nie dowiemy, choć będziemy informować na łamach naszej gazety, jeśli pojawią się nowe informacje.
– Dziwna sprawa, jak można zniknąć zostawiając otwarte auto.
– Marek, jeszcze zbyt mało widziałeś – odpowiedziała mu nadchodząca matka Marka, trzymając coś w ręku.
– A ty chyba pomyliłeś gazety, to jest stara gazeta, Spójrz na datę wydania.
Ojciec Marka obejrzał pierwszą stronę i zmarszczył brwi, mówiąc:
– A ja myślałem, że to nowa. Kurczę, przecież leżała w miejscy gdzie położyłem dzisiejszą gazetę. Co ta starość robi z człowieka.
– Masz tu masz nową, a tamtą z trzech lat wrzuć do pieca. – mama Marka rzuciła nową gazetę na kolana staruszka, zabierając starą.
– A tak myślałem, że informacja o budowie nowej szkoły to jest nie taka, przecież ona stoi już od roku i uczą się w niej dzieci – uśmiechnął się ojciec Marka i otworzył nową gazetę. Wtem wybuchnął podekscytowanym głosem:
– Słuchajcie tego: Dotarliśmy do dokumentów, które świadczą o nie kompetencji i braku działania w sprawie zniknięć, które miały miejsce 3 lata temu. Dane, które zdobyliśmy podają o prawie 100 samochodach porzuconych, bez pasażerów w środku. Wynika z tych danych także, że ponad 40 policjantów, którzy badali sprawę zaginięć popełniło samobójstwo. Rodzin tych policjantów nie zgłaszają roszczeń, ponieważ jest im zapewniany byt i wypłacane są im wysokie kwoty. Żniwo nie nie uchroniło też innych, którzy nie mieli bezpośredniego kontaktu z miejscem gdzie najwięcej odnaleziono pustych aut. Ekipa pracująca nad poszerzeniem drogi, obecnie nie umie jej skończyć od 3 lat, kiedy zaczęli. Powód odchodzących ekip, są nie wyjaśnione. W miejscowości najbliżej miejsca newralgicznego, wioski Sosane, gdzie mieszka tylko 10 rodzin, nikt nic nie mówi, aby coś im się działo, albo coś słyszeli. Ale brygada specjalnie utworzona do zbadania tej sprawy, po rutynowym przeszukaniu 3 domów w wiosce Sosane, odkryła pod podłogą jednego z nich ręcznie wykonaną piwnice, w której odkryto ślady krwi, szczątki mięsa i jedną kość. Przypuszcza się, że mieszkańcy tej wioski uprawiali jakieś czary, albo kanibalizm. Policja nie wypowiada się na temat utworzenia wspomnianej grupy, oraz o odkryciu, które przekazał nam informator… – czytanie przerwał biegnący sąsiad koło ogrodzenia, który spostrzegłszy ich, zawołał – słyszeliście nowinę. Odnaleźli 5 osób zaginionych z tych aut, żywych. Podobno opowiadają nie stworzone historie, o demonach, obrzędach, piekle. Normalnie sfiksowali – spojrzał na nich i pobiegł dalej.
– Świat zwariował – odezwał się Paweł
– Raczej ludzie synu, raczej tylko ludzie – odpowiedziała Karolina.