wtorek, 2 marca 2010

"życie za życie" - opowiadanie

Wstęp:
Z powodu braku internetu, postanowiłem coś napisać, ale to opowiadanie powstało nagle. Po za tym ciągle imię żony Pawła, pisałem jako Maria, nie wiem dlaczego. Tak naprawdę całe opowiadanie powstało jak napisałem, nagle, po prostu usiadłem i zacząłem pisać. Chyba od zawsze tak mam, siadam i piszę, a to co pisze zmieniam się w trakcie, ewoluuje. Środek miał być inny, trochę inny, ale ten mi się podoba, jest tym czego oczekiwałem i dokładając trochę, ukazałem pewne problemy. Ogólna główna wizja była inna, a zakończeń za to miałem chyba z 3 albo 4 :) ale wydaje mi się, że to które napisałem jest dobre. Oczywiście zakończenia jedne były dobre, inne złe, ale i tak podstawowe zakończenie zmieniłem na dobre, wszyscy żyją. To chyba pierwsze opowiadanie, nad którym nie musiałem zastanawiać się co pisać. Wiele rzeczy w nim zawartych była już w mojej głowie, jako takie mini cząstki, pomysły. Mogłem by to odpowiadanie dać na bloga z wierszami i opowiadaniami, ale myślę, że wiele w tym opowiadaniu jest mnie, gdzieś ukrytego w zdaniach, słowach, myślach. Zastanawiam się też, czy nie połączyć jednak bloga z opowiadaniami i wierszami z moimi przemyśleniami, słowami, przecież i tak nikomu nie pokazuje moich wierszy.
Opowiadanie jest dozwolone od 18 roku życia.

Oczywiście to fikcja literacka.

“live for live”
(tłumaczenie: “Życie za życie”)
Napisane przez: autor bloga, czyli Mariusz.d,
tak jak wszystko na tym blogu.


Słońce kolejny raz przebiło się przez osłonę przeciwsłoneczną, Marek przymrużył oczy, skupiając się na drodze przed sobą. Karolina siedziała koło niego, przeglądając mapę i co jakiś czas zerkając na drogę, odwracając głowę, kiedy mijali jakiś drogowskaz, z rozpisanymi miejscowościami, gdzie skręcić. Okna otwarte do połowy, nie dawały ukojenia w upale lata, które trwało w najlepsze. Smętna piosenka z ogólnokrajowego radia, przyciszonego na potrzeby ich syna, który spał na tylnym siedzeniu, przytrzymywany pasem bezpieczeństwa, smęciła nudnymi melodiami. Ich syn miał 7 lat i został wychowany na dobrego chłopca, choć jak to natura dzieci, nie zawsze jest zgodna z zasadami dorosłych. Ciszę panującą w aucie zakłóciły słowa Karoliny – skarbie, czy my dobrze jedziemy? Bo wg. mapy to jedziemy drogą, której nie ma na mapie. Odpowiedź była natychmiastowa: zaufaj mi, dobrze jedziemy. Ale Marek sam nie wiedział, czy dobrze jedzie, sam siebie chciał uspokoić swoimi słowami. Ale nie podobała mu się okolica, nie pasowała do tego co zapamiętał, kiedy jechał tu z pół roku temu. Jechał już z 10 godzin i musiał odpocząć, zagadnął: może zatrzymamy się na poboczu za chwilę, muszę odsapnąć i jednak spojrzeć na mapę. Te słowa wzbudziły w Karolinie nie pokój, po co chce patrzeć w mapę, kiedy wie jak jechać, zna te regiony, tu się przecież wychowywał, no może nie tutaj, ale kilka kilometrów stąd. Samochód łagodnie zaczął zwalniać, Marek szukał większego zagłębienia na poboczu, aby zatrzymać auto. Po 10 minutach, spostrzegł na poboczu, drzewo, przy którym był wjazd na pole, dobre miejsce, pomyślał. Auto łagodnie zahamowało i zajechało na pobocze. Marek otworzył drzwi, kontem oka zerkając czy nic nie jedzie z tyłu. Ukrop na zewnątrz okazał się większy niż a aucie. Paranoja z tym upałem, pomyślał. Karolina stała przed maską samochodu, spoglądając przed siebie, z rozłożycie rozdartą mapą w rekach. Kiedy Marek podszedł, nawet na niego nie spojrzał:
– Wiesz gdzie jesteśmy? – zapytała od niechcenia.
Spojrzał na mapę. Palcem przejechał trasę od ostatniego miejsca, jakie pamiętał, przez jakie przejeżdżali. Pamiętał też kierunkowskaz, jakim się zasugerował, aby skręcić.
– Chyba jesteśmy tutaj, kochanie.
– Chyba? – wyrwało się Karolinie. – chyba? Co to znaczy “chyba”?
– Miał być objazd, to co jest nie tak? Nie moja wina, że może drogowcy coś popsuli.
– No tak, drogowcy coś zepsuli. A może to ty kochanie coś nie tak pojechałeś.
– A może to ty kochanie, masz mapę i jesteś pilotem.
Zapadło głuche milczenie. Marek sam nie umiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dobrze jada. Karolina zaczynała się po prostu bać, lubiła wiedzieć na czym stoi, a ta sytuacja nie była klarowna. Marek bał się przyznać, że może źle pojechał, ambicja, którą miał za wysoką nie pozwoliła mu na to aby siebie obarczyć złą drogą. Karolina, nie czuła złości, frustracji, to co z niej wypływało, to był odruch obronny, aby się nie bać, czuć pewnie, kochała Marka, ale się bała, że może się jemu, ich synowi stać. Bała się o nich, ale jej instynkt bił na alarm, co powodowało inne reakcję niż by tego wymagała sytuacja. Zamiast poprzeć Marka, wesprzeć go, zmotywować go do działania, swoim zachowaniem okazywał całkiem coś odwrotnego, coś co burzyło cały spokój, jej a tym samym i jej męża. Strach, który był wynikiem zlej drogi. Nie umiała inaczej zareagować, taka była jej natura, taka byłą ona sama. Obarczała o to swoją matkę, która broniła ją przed życiem, aby później wypuścić ją do świata jak do klatki lwów na pożarcie, przez inne osoby, które wy patrząc nową, świeżą zwierzynę rozszarpać ją na strzępy i stłamsić. Tak życie w tym świecie nie było tym, czego by chciała od życia. Patrzyła się na mapę i na otaczający ją świat: drzewa, pola, jakiś zagajnik. Żadnych domów, żadnych ludzi, niczego co by wskazywało na życie w tym miejscu. Marek nadal mamrotał coś pod nosem, za pewne analizując drogą i próbując sobie przypomnieć jak jechali i kiedy skręcali. Z ich własnych myśli wyrwał ich głos syna za ich plecami:
– Słyszycie?
– Paweł, musisz nas straszyć – powiedział Marek, nie odrywając wzroku od mapy.
– Słyszycie? – powtórzył Paweł, stojący przy drzwiach pasażera, był zwykłym chłopcem, ubranym w koszulkę jakiegoś zespołu rockowego i dżinsy.
– A co mamy słyszeć – odpowiedziała Karolina – przecież tu nic nie słychać.
– Ale czy słyszycie? – powtórzył dobitnie Paweł, podnosząc ton głosu.
– A co mamy słyszeć – odezwał się Marek, okazując ponownym powtórzeniem tego samego pytania przez syna.
– Mamo co słyszysz? – ponowił swoje próby Paweł, kierując je do matki.
Karolina oddała trzymaną mapę Markowi, a sama obróciła się do syna, i spojrzała po raz pierwszy za siebie. Taki sam widok, jak z przodu, szkoda – pomyślał.
– Co słyszę? – odparła i skupiał się na słuchaniu. Próbowała wyłapać dźwięki czegoś z bliska i daleka. – wiesz co Paweł, nic nie słyszę. No ale przecież jesteśmy daleko od cywilizacji, więc co mam słyszeć.
– Przyrodę mamo, ptaki, owady, czy jakieś zwierzęta, a czy jej mamo słyszysz. Popatrz w niebo, tam lata sokół, a tam skacze na polu zając. przed chwilą nad nami przeleciał jakiś ptak. Słyszysz coś? – Paweł nie dawał za wgraną.
– Nie przesadzasz Paweł. Zając i sokół jest za daleko. Teraz wiele owadów zostało zabitych przez pestycydy, takie chemikalia, jakimi pryska się rośliny, aby lepiej rosły. A zwierząt może nie być w pobliży, ponieważ nie widać żadnych domostw nawet w oddali.
– To dlaczego mamo świerszcz koło twojej nogi, nie brzęczy, jak to było u babci zawsze w lato na łąkach, nie pamiętasz, mówiłaś mi o tym, co tak brzęczy w trawie.
Karolina odskoczyła od miejsca w którym stała, tak gwałtownie że o mało nie straciła równowagi. Spojrzała na miejsce gdzie stała i prze moment zauważyła świerszcza odskakującego w kpy trawy na poboczu. – tak, to zaczynało być dziwne. Pamiętała jak rok temu chodziła z synem po łące i tłumaczyła mu co tak koło nich brzęczy, jak by szło za nimi. W trawie spostrzegła kilka innych świerszczy i dotarło do niej, że ich nie słychać. Docierało do niej, że syn miał rację, koło nich istniała pustka. Nie poprawiło jej to humoru, raczej zapaliła się kolejna lampka ostrzegawcza, że coś jest bardzo nie tak. Coś co zaczynało ją drażnić. Rozejrzała się powoli, pola, zagajnik, króliku ledwo widoczne na horyzoncie, ptak z rozłożystymi skrzydłami na niebie, kołujący nad czymś, jak pies, który coś znalazł. Ale ktoś musi te pola uprawiać – pomyślała. Słońce grzało, coraz bardziej, choć powinno zelżeć, coś tu jest nie tak- zaczynała się denerwować. Umrzesz – przeleciała jej myśl przez ułamek sekundy. Spojrzała jak zaklęta na syna. Podeszła do niego powoli, nie zwracając uwagi na to co przed chwilą usłyszała w swojej głowie. Wyciągnęła rękę, aby go objąć oprzeć się na nim, musnęła go palcem o szyję: stała nie daleko samochodu, samochodu, który wyglądał inaczej, jak by stał tu parę lat, obmywany wiosennymi deszczami i targany jesiennymi porywami wiatru, palony słońcem lata i przykryty śniegiem zimy. W oddali usłyszała bzyczenie świerszczy, słońce chyliło się ku zachodowi. Jej syna nie było przy niej, Marka też nie było. Była ona i ktoś, lub coś jeszcze. Skrzypnięcie czegoś obok niej ogłosiło swoje istnienie. Obróciła się powoli, do dźwięku, przeczuwając co zobaczy, ale skąd wiedziała? Na drzewie, do gałęzi było powieszone ciało. Widziała kiedyś film o kowbojach i tam też podobnie wieszali ludzi, prowizoryczna pętla na szyi, i bezwładne poruszające się ciało, przy każdym podmuchy. To ciało tutaj też się poruszało, ale inaczej, ciężej, lina co jakiś czas wydawała z siebie stęknięcia jak by miała już dość tego kogoś i chciała by się zerwać, dając sobie odsapnąć. Ciało było ustawione bokiem, więc nie widziała, kto tak naprawdę jest. Słonce zachodziło, spojrzała na ten piękny widok. Poczuła jak promienie słońca głaszczą ją po twarzy, zacisnęła mimowolnie dłonie, pocierając kciukami o wierz skóry. Dopiero teraz poczuła lepką substancję na nich. Słońce powoli zachodziło, spojrzała na swoje dłonie, otwierając je: krew. Czerwienień na jej słoniach, stała się przy świetle zachodu jeszcze bardziej czerwona, bardziej nie ludzka, purpurowa. Pierwszy raz od momentu znalezienia się w tym innym, tym samym miejscu pomyślała: o co tu chodzi? Dlaczego? Znowu to skrzypnięcie liny, spojrzała odruchowo w tą stronę, ciało było obrócone do niej przodem. Patrzyła się na nie jak na okaz zwierzęcia. Łzy same poleciały jej po twarzy, chciała zakryć twarz dłońmi, ale była na nich krew. Patrzyła się na Marka, na ciało jej męża, którego głowa była zwieszona na piesi, na jego ciele była metalowa tabliczka, na której był napis: “Witamy”. Wtem głowa Marka drgnęła i uniosła się do normalnej pozycji. Marek uśmiechał się, nie miał oczu, zamiast nich, miał czarne oczodoły, a usta miał zaciśnięte jak by coś w nich było, a on nie chciał, aby to się wydostało. Tabliczka, która była zawieszona na szyi marka, pokazała napis “dlaczego to zrobiłaś?”. Mrugniecie i na tabliczce znowu był napis “witamy”, z przekreśloną ostatnią literą, “y”. To jakiś absurd, zły sen – myśli nie dawały jej spokoju. Łzy już przestały płynąc, teraz tylko dokuczało pieczenie oczu. Teraz na tabliczce widniał napis, raczej namazany niż napisany: “umrzesz”. Miała taką myśl, przez dotknięciem syna, zanim pojawiło jej się to co teraz przezywa i widzi. Dopiero teraz pomyślała o synu. Gdzie on jest? Gdzie jest mój syn, oddajcie go – wołała w myślach. Ktoś jej odpowiedział, jak by siedział w jej głowie – masz swojego synalka, już nie będzie nam potrzebny, jak twój mężuś, ścierwo, gówniane ścierwo, nic nie udało się z niego już zrobić, potrzebowaliśmy go żywego, a on się powiesił. Zrobiliśmy z niego sobie wizytówkę, naszego miejsca. Podoba ci się, ładna? – oddajcie mi mojego syna – wołała w myślach Karolina. Wtem usłyszała brzęczenie czegoś, co się powoli zbliżało. Na drodze pojawił się kontur postaci, ciągnącej w ręce coś co przypominało walizkę, ale wydawało dźwięk z połączeniu z asfaltem jak tarcie metalu. Postać zbliżała się, wpatrywała się w nią tak intensywnie, że piekące ją oczy zaczęły jeszcze bardziej doskwierać, przesyłając więcej impulsów do mózgu, aby ten więcej mrugał. Kiedy postać była 300 metrów od niej, rozpoznała ją, zawsze ją rozpozna. Powłócząc nogami zbliżał się do niej jej syn, Paweł. Miał opuszczoną głowę, a ubranie poszarpane, wytarte, umazane czymś czarnym. Ucieszyła się na jego widok, co dodało jej otuchy. Rozpoznała też to co ciągnął kolo siebie, spoglądała na niego jak zaczarowana. W pewnym momencie Paweł zatrzymał się, Karolina patrzyła na niego, choć instynkt jej podpowiadał, aby nie podchodzić. Że to już nie jest jej syn, że to inna osoba. Zdziwiło ją to, że jej syn wyglądał na starszego, niż był obecnie, teraz wyglądał na 10 lat, ale może to tylko złudzenie. Był od niej 100 metrów, jak usiadł na jezdni po turecku, obejmując kanister rękami, jak by nie chciał aby ktoś mu go zabrał. Uśmiechała się do niego, szczęśliwa, że on żyje. W tedy usłyszała grubaśny, nie ludzki głos, który wydobywał się z miejsca, w którym siedział Paweł, nie podnosząc nawet na moment głowy.
– Gdzie byłaś, jak cię potrzebowałem? Dlaczego nas opuściłaś, mamo? Dlaczego pozwoliłaś, aby tata się zabił? Dlaczego cię nie było, jak uwolnił się od nich? Zabiłaś nas, mamo. Zabiłaś nasze dusze, zabiłaś wszystko co kochałaś. Dlaczego? Dlaczego tobie zawsze zależało na tobie? Dlaczego, udawałaś że myślisz o nas, a doszukiwałaś się czegoś dla siebie? Tak bardzo nas kochałaś, mnie o tatę, a jednak, wszystko robiłaś dla siebie, dlaczego jesteś taką hipokrytką, dlaczego… – głos urwał się gwałtownie.
Usłyszała swój głos, ale jakiś taki nienaturalnie niski, dziwnie brzęczący, a może to złudzenie – Zawsze byłam dla was, zawsze kochałam was i oddawałam wam siebie, tobie i tacie – łzy znowu jej pociekły. – Przecież wiesz, że nie opuściłam by was, nigdy. Kocham was, kocham was nad życie, liczycie się tylko wy, wiesz o… – głos przerwał jej słowa bliskie załamania. – Milcz, jesteś taka sama jak inni, myślisz tylko o sobie, jesteś jak ci wszyscy. Chcą tak wiele dobrego dla innych, ale wszystko robią dla siebie. Zabijasz nas, to co mamy w środku, nasze wnętrze, ciągle tłumacząc sobie, że to robisz dla nas. Gówno prawda, wszystko robiłaś dla siebie. Zabiłaś nas, zabiłaś to co kochałaś. Tata się zmienił, ty go zmieniłaś, pamiętasz jak się kiedyś śmiał, żartował, wygłupiał, jaki był wcześniej, nie zmienił się, ty to zmieniłaś, zabiłaś jego wnętrze, jego ja, jego duszę, abyś miała to co chcesz, jakie życie chcesz. Jesteś samolubnym potworem, który niszczy innych, bo chcesz mieć jak ty chcesz. Zniszczyłaś go, a teraz masz czelność twierdzić coś innego. Kiedy ostatni raz słyszałaś, aby tata się śmiał. Ja nie pamiętam. Teraz już jest martwy, teraz już go nie ma. Uciekł, aby żyć. Tak bardzo go kochałaś, że nie pozwoliłaś mu być sobą. nie kochałaś go za to kim jest, jaki jest, ale za to co ci daje, co mamy, za to co pracuje, kochałaś to co posiadałaś, a nie miałaś. Kochałaś go, ale czy kochałaś jego serce? – głos ucichł. Karolina była w szoku, z powodu słów, które usłyszała. Przecież to nie prawda, zawsze była dla nich, a nie dla siebie. Zawsze, a teraz ten głos stwierdzi inaczej, dlaczego? – Nie było cie 3 lata, mamo – usłyszała – 3 pieprzone lata. Wiesz co oni nam robili, wiesz ile musieliśmy przeżyć. A ty poszłaś z tym, pierwszym lepszym, mówiąc “zakochałam się, przepraszam”. Jak mogłaś, jak mogłaś nam to zrobić. Jak możesz mówić, że kochałaś tatę, kiedy odeszłaś z kimś, z kim byłaś z dzieciństwa. Zniszczyłaś nam życie. Jesteś kurwa, mamo. Jesteś samolubnym, potworem, który zniszczył każdemu życie kogo spotkał. Jak mogłaś nas opuścić. Nienawidzę cię, nienawidzę cię za to, MAMO!! – głos grzmiał w jej uszach. Jakie 3 lata, przecież w dzieciństwie nikogo nie miała, jej pierwszym i obecnym był Marek. W dzieciństwie jej matka, ciągle jej zabraniała wielu rzeczy, ciągle pilnowała. O co tu chodzi? – Karolina zaczynała mieć mętlik w głowie. Spoglądała na postać syna i nie umiała uwierzyć, że to rzeczywiście on. W pewnym momencie zobaczyła, jak Paweł odbezpiecza kurek z kanistra i powoli próbuje go podnieść nad swoją głowę. Przyglądała się jak Paweł, jej syn wylewa na siebie płyn, który po chwili poczuła, benzyna. Spoglądała jak jej syn wyciąga coś z kieszeni i próbuje coś z tym zrobić. Po chwili ujrzała jak jasny blask, z tego co Paweł trzymał w ręce oblał jego postać. Usłyszała głos swojego syna, wyraźny jak by stał koło niej – żegnaj mamo, szkoda że nas nie kochałaś, tylko udawałaś. Szkoda że nie zrobiłaś ani razu nic dla nas. Szkoda że mnie urodziłaś. Nienawidzę cię za to, zawsze cię będę za to nienawidził, żegnaj – po tych słowach płomień, jak sie domyśliła Karolina, z zapalniczki objął cała siedzącą postać. Widziała jak płomienie tańczą na ciele a ubranie zwija się pod wpływem ciepła, jak zatapia się ze skórą mieszając się i tworząc coś co już nie było człowiekiem. Widziała jak postać zaciska dłonie na skrzyżowanych kolanach, w tedy usłyszała ostatnie słowa Pawła – po co wróciłaś, jeśli zależało ci tylko na sobie. Po co żyjesz, jeśli to jest tylko dla siebie. Nie życzę ci śmierci, życzę ci życia, bo tylko nim możesz odkupić swoje winy. Ale nie miło powitam cię w piekle, kiedy do niego przybędziesz, bo za to jak żyłaś, i co w nim zrobiłaś tam trafisz, mamusiu. Ostatnie słowa były już ledwo słyszalne w skwierczeniu mięsa na ciele, i dopalającej się skóry, która oddzieliła się od ciała i opadła płatami obok postaci. Ciało, a raczej to co z niego zostało, przechyliło się na bok i opadło do tyłu, zastygając w bezruchy. Płomień już zelżał i już były miejsca gdzie tylko było widać zwęglone, czarne miejsce. Karolina wiedziała, że to był koniec. Miała dość tego wszystkiego, chciała aby się skończyło. To się nie dzieje naprawdę, to nie może być prawda… otworzyła oczy. Auto jechało powoli, obok siedział skupiony na drodze Marek, a za nią spał Paweł. W jej uszach zabrzmiał głos męża – Jak się spało kochanie? Coś się śniło? – odpowiedziała natychmiast – Nie. Spojrzała na drogę, rozglądnęła się gwałtownie.
– Coś się stało – usłyszała ponownie głos męża.
– Nie, nic – ale wiedziała, że mąż ją zna i zna jej odruchy i w tą odpowiedź nie uwierzy. Wyciągnęła gwałtownie mapę ze schowka.- Gdzie jesteśmy, skarbek? – zapytała natychmiast.
– Podobno jest jakiś objazd za chwilę, więc będziemy musieli nim pojechać. A co? – usłyszała dźwięk zdziwienia w głosie męża.
– A nie ma innej drogi? Aby dojechać do twoich rodziców, ale nie jechać objazdem?
– Zawsze jest inna droga, jak jest asfalt, to zawsze się dojedzie – uśmiechnął się Marek.
– Nie chce jechać objazdem, możesz pojechać inną drogą?
– Karolina, co się dzieje? Po co mam tracić 20 kilometrów, zamiast mieć ich tylko 5.
– Ponieważ cię o to proszę. Kocham cię i cię o to proszę. Zrób to dla mnie kochanie. Proszę – wiedziała że jej głos nie był przekonujący, aby utwierdzić męża, że nic się nie dzieje.
– Jak chcesz, ale tam są piękne regiony, a tak stracimy te widoki, na rzecz brzydkiego lasu, który będziemy musieli pokonać.
– Wolę las, będzie chłodniej – choć wiedziała że to żadne wytłumaczenie.
– No dobra, jak chcesz kochanie – uśmiechnął się Marek.
Auto dojechało do skrzyżowania, przed którym był drogowskaz “Objazd” i strzałka pod okazaniem kierunku w lewo. Marek odczekał chwilę i skręcił w prawo, obierając kierunek przeciwny niż zamierzali jechać. Po 10 minutach ich oczom ukazała się ściana lasu, w która wjechali prowadzeni drogą.
Marek leżał na leżaku wystawiając swoje ciało na promienie słoneczne. Paweł leżał w gumowym basenie, napełnionym wodą odwrócony w ten sam sposób jak ojciec. Karolina przeglądała siedziała w cieniu, spoglądając na nich i ciągle analizując sen, który miała w aucie. Spokój i cieszę zmącił głos ojca Marka, który czytał lokalna gazetę.
– Posłuchajcie, to jest ciekawe: na objeździe, który został ustanowiony na potrzeby, budowy trzeciego pasa ruchy, na skrzyżowaniu drogi z Kapalina w kierunku Sadabor i drogi z Pawelowa zdarzył się wypadek drogowy, choć brało w nim udział tylko jedno auto. Z niewyjaśnionych warunkach Policja odnalazła puste auto, bez pasażerów. Auto nie było zamknięte, a po osobach jadących tym autem nie znaleziono śladu. Nikt nie wie co się stało, ani gdzie może przebywać czteroosobowa rodzina. Policja przypuszcza, że zostali oni porwani dla okupu, ale nie wykluczają innej możliwości. Ale to już nie pierwsze zniknięcie w tych okolicach, dwa tygodnie temu w podobnych okolicznościach znaleziono inne auto, w którym jechała trzy osobowa rodzina. Jak się dowiedzieliśmy, Policja ustaliła personalia po zgłoszonym zaginięciu rodziny. Czy to oznacza, że to początek serii, czy może działanie czegoś w tamtym miejscu. Nie wiadomo. Policja nie chce się wypowiadać co do podjętych kroków, aby odkryć tajemnicę, gdzie są osoby, które znikają nie zostawiając śladu. Nie oficjalnie dowiedzieliśmy się od informatora, że 4 policjantów, którzy patrolowali tamte rejony popełniło samobójstwo, zostawiając żony i dzieci. Badania psychologiczne nie wykazały uchybień w ich psychice, więc dlaczego to zrobili. Czy działali z jakiś powódek, czy może miejsce, które mieli patrolować tak na nich podziałało. Policja nie chce się wypowiadać na ten temat. Co tak naprawdę stało się z tymi rodzinami i dlaczego policjanci, zdrowi na umyślę zostawiają swoje rodziny i wszyscy byli zdrowi umysłowo. Tego się nie dowiemy, choć będziemy informować na łamach naszej gazety, jeśli pojawią się nowe informacje.
– Dziwna sprawa, jak można zniknąć zostawiając otwarte auto.
– Marek, jeszcze zbyt mało widziałeś – odpowiedziała mu nadchodząca matka Marka, trzymając coś w ręku.
– A ty chyba pomyliłeś gazety, to jest stara gazeta, Spójrz na datę wydania.
Ojciec Marka obejrzał pierwszą stronę i zmarszczył brwi, mówiąc:
– A ja myślałem, że to nowa. Kurczę, przecież leżała w miejscy gdzie położyłem dzisiejszą gazetę. Co ta starość robi z człowieka.
– Masz tu masz nową, a tamtą z trzech lat wrzuć do pieca. – mama Marka rzuciła nową gazetę na kolana staruszka, zabierając starą.
– A tak myślałem, że informacja o budowie nowej szkoły to jest nie taka, przecież ona stoi już od roku i uczą się w niej dzieci – uśmiechnął się ojciec Marka i otworzył nową gazetę. Wtem wybuchnął podekscytowanym głosem:
– Słuchajcie tego: Dotarliśmy do dokumentów, które świadczą o nie kompetencji i braku działania w sprawie zniknięć, które miały miejsce 3 lata temu. Dane, które zdobyliśmy podają o prawie 100 samochodach porzuconych, bez pasażerów w środku. Wynika z tych danych także, że ponad 40 policjantów, którzy badali sprawę zaginięć popełniło samobójstwo. Rodzin tych policjantów nie zgłaszają roszczeń, ponieważ jest im zapewniany byt i wypłacane są im wysokie kwoty. Żniwo nie nie uchroniło też innych, którzy nie mieli bezpośredniego kontaktu z miejscem gdzie najwięcej odnaleziono pustych aut. Ekipa pracująca nad poszerzeniem drogi, obecnie nie umie jej skończyć od 3 lat, kiedy zaczęli. Powód odchodzących ekip, są nie wyjaśnione. W miejscowości najbliżej miejsca newralgicznego, wioski Sosane, gdzie mieszka tylko 10 rodzin, nikt nic nie mówi, aby coś im się działo, albo coś słyszeli. Ale brygada specjalnie utworzona do zbadania tej sprawy, po rutynowym przeszukaniu 3 domów w wiosce Sosane, odkryła pod podłogą jednego z nich ręcznie wykonaną piwnice, w której odkryto ślady krwi, szczątki mięsa i jedną kość. Przypuszcza się, że mieszkańcy tej wioski uprawiali jakieś czary, albo kanibalizm. Policja nie wypowiada się na temat utworzenia wspomnianej grupy, oraz o odkryciu, które przekazał nam informator… – czytanie przerwał biegnący sąsiad koło ogrodzenia, który spostrzegłszy ich, zawołał – słyszeliście nowinę. Odnaleźli 5 osób zaginionych z tych aut, żywych. Podobno opowiadają nie stworzone historie, o demonach, obrzędach, piekle. Normalnie sfiksowali – spojrzał na nich i pobiegł dalej.
– Świat zwariował – odezwał się Paweł
– Raczej ludzie synu, raczej tylko ludzie – odpowiedziała Karolina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz